środa, 16 sierpnia 2017

John Boyne – Chłopiec w pasiastej piżamie

Tak jak wszyscy znają ,,Zieloną milę”, tak każdy widział ,,Chłopca w pasiastej piżamie”. W tym wypadku muszę przyznać, że ja także oglądałam już film. Na początku w ogóle nie miałam pojęcia, że został stworzony na podstawie książki. Po prostu kilka lat temu oglądnęłam go w telewizji i nawet tego specjalnie nie planowałam. Od tej pory jeszcze może z dwa razy widziałam ekranizację i dość dobrze pamiętam większość wątków. Mimo to postanowiłam, że przeczytam książkę, bo całkiem niedawno John Boyne wydał ,,Chłopca na szczycie góry”. Mam zamiar również zapoznać się z tą powieścią, bo jest o podobnej tematyce.

 Druga wojna światowa sprawiła, że dwóch chłopców zawarło prawdziwą przyjaźń, chociaż tak naprawdę, nigdy nie powinni nawet ze sobą rozmawiać. Bruno jest Niemcem, wraz z rodzicami i siostrą musi opuścić swój ukochany dom w Berlinie i przenieść się w nieznane miejsce, bo jego ojciec dostał wyjątkowe zadanie od swojego przełożonego. Dzięki temu poznaje Szmula – żyda, który jest ofiarą toczącej się wojny. Ich spotkania są potajemne, niebezpiecznie, ale i również niewinne, bo to w końcu tylko dziesięcioletni chłopcy.

Nie przepadam za książkami i filmami, których bohaterami są dzieci. Jednak w tym wypadku nie miało to znaczenia, bo Bruno może i był naiwny, ale także bardzo mądry. Nie ma bardziej niewinnej istoty niż dziesięciolatek, który w każdym widzi dobro i osobę równą sobie, nawet jeśli ma ojca bezgranicznie oddanego ideologii nazistowskiej.

Ostatnio zaciekawiłam się historią drugiej wojny światowej i dlatego wybieram książki, filmy czy seriale, które rozgrywają się w tych ciężkich dla Polski latach. Nie lubię się uczyć, a wręcz nie potrafię, więc przynajmniej staram się poznać pewne najważniejsze wydarzenie poprzez czytanie. 

Pokazanie wojny oczami chłopca, który jeszcze niewiele rozumie, było dobrym pomysłem. Zawsze poznawaliśmy punkt widzenia dorosłych, którzy walczyli z wrogiem. Tym razem główni bohaterowie to dwóch dziesięciolatków. Żaden z nich do końca nie rozumie co się dzieje. Bruno dorasta w domu, gdzie przy dzieciach nie mówi się otwarcie o wojnie, a Szmul osobiście doświadcza niemieckiego terroru.

 Spotkania Bruno i Szmula są wzruszające. Dzieli ich tylko druciana siatka, a mimo to każdy z nich znajduje się w innym świecie. Autor pokazał, że zrozumienie różnych ras jest możliwe, ale tylko przez naiwne dzieci, które widzą w sobie same dobro. Dorośli wiele mogliby się nauczyć o tych dwóch chłopców.

Sama historia była naprawdę wzruszająca chociaż bardzo krótka. Chciałoby się czytać dużo więcej o tak wspaniałych chłopcach. Zwłaszcza zakończenie książki było taką wisienką na torcie. Bruno chciał pomóc Szmulowi, dać mu prezent na pożegnanie, pokazać jak wielka jest ich przyjaźń i po raz pierwszy, a zarazem ostatni – po prostu pobawić się w poszukiwaczy. Żaden z nich nie wiedział jak tragicznie się to skończy.

Książka na pewno zasługuje na uwagę i być może kiedyś znajdzie się na liście lektur szkolnych, bo czemu nie? Skoro czytamy o wcześniejszych bitwach i wojnach, to możemy równie dobrze zagłębić się w bardziej aktualną historię. 

Na koniec dodam jeszcze kilka słów o filmie. Reżyserzy naprawdę doskonale się spisali, bo odwzorowali treść z książki prawie w każdym szczególe. Wszystko, co istotne zostało pokazane. Niestety zakończenie zostało odrobinę zmodyfikowane, a mi bardziej przypadło do gustu to z książki, ponieważ było bardzie prawdopodobne. Tą jedną rzecz mogę uznać za wadę ekranizacji, ale poza tym, nie mam więcej zastrzeżeń.


Moje ulubione książki - część 2

4. Harlan Coben – Sześć lat później

Książki Cobena posiadają jedną, ale za to bardzo istotną cechę. Są nieprzewidywalne. Zaczynając czytać nie mam zielonego pojęcia, co może wydarzyć się za kilka lub kilkanaście stron. Na początku jest dużo zamieszania, nawarstwiają się przeróżne wątki, a następnie wszystko układa się w jedną i logiczną całość. Czytelnik jest ciągle zaskakiwany i między innymi dlatego uwielbiam jego powieści. One nigdy mnie nie nudzą.

,,Posłała mi uśmiech tak drewniany, że powinienem był w niego odpukać.”

 ,,Sześć lat później” na pewno zaciekawiło mnie fabułą. Po krótkim opisie przeczytanym na internecie, wiedziałam, że prędzej czy później przeczytam tą książkę. Nie zawiodłam się w żadnym stopniu. Póki co jest to najlepsza książka Cobena jaką czytałam.

,, Zdumiewające jakie usprawiedliwienia potrafimy wymyślić, kiedy naprawdę czegoś pragniemy.”

Z pewnością podobało mi się połączenie wątków ,,kryminalnych” z miłosnymi. Główny bohater chciał odnaleźć kobietę, która od początku go okłamywała, ponieważ kochał ją całym sercem. Narażał własne życie, aby dowiedzieć się prawdy, która na dobrą sprawę mogła okazać się naprawdę dramatyczna.
Z tego co wiem, to ,,Sześć lat później” ma zostać zekranizowana albo już jest. Myślę, że kiedyś skuszę się na zobaczenie filmu.


,,- Musisz z tym skończyć.
- Nie wiem czy zdołam.
- Wielu ludzi chce cię zabić.
- Nigdy nie byłem szczególnie lubiany - zauważyłem.”




Trzecie miejsce może wydawać się odległe, bo wielokrotnie zachwalałam tą książkę i oczywiście nadal uważam ją za jedną z lepszych jakie czytałam w ostatnim czasie.

,, Do sądu przychodzi się po wyrok, a nie po sprawiedliwość.”

Książka zawiera wiele wątków, które mnie ciekawią. Jest policja, prokuratura, bezsilność ludzka, zagadki, morderstwa i… mowa ciała. Główny bohater jest niby naiwny jak dziecko, ale pod tą maską niewiniątka kryje się ogromna wiedza na temat człowieka.

,, Nie wiesz, że ludzie nie posiadają sekretów? To one posiadają ich.”

Być może finał powieści nie wbijał w krzesło, ale co za dużo to nie zdrowo. Cała książka trzymała w napięciu, więc można wybaczyć lekki powiew nudy przy zakończeniu.
Remigiusz Mróz zadebiutował niedawno, ale zdążył wydać już wiele książek, które cieszą się popularnością. Z niecierpliwością czekam na więcej i oby wszystkie były tak genialne jak ,,Behawiorysta”.

,, Oto twoje nuty. Wybierz dobrze, bo od twojego ruchu zależy melodia ich życia.”



Książkę tą przeczytałam rok temu i nadal na wspomnienie o niej czuję… wiele emocji. Z pewnością w niedalekiej przyszłości przeczytam ją jeszcze raz i napiszę recenzję.

,, A potem siedzieliśmy i patrzyliśmy na siebie, jak zawsze, jak co wieczór. To był nasz świat. Amelii i Aleksa, do którego nikt nie miał i nie będzie miał wstępu. Aż do ostatniego momentu.”

Zwykle nie sięgam po książki z tego gatunku, ale przekonała mnie okładka i tematyka. Nawet jeśli czytam już coś, co ma być romansem, to przeważnie nie wywołuje to u mnie żadnych większych emocji. Tym razem było inaczej. Nawet nie przypuszczałam, że ta książka będzie tak piękna. Tak, piękna.

,, Bo byłam skazana na ból miłości, która pojawiła się na chwilę, a zabrała mi całe życie.”

Sama fabuła jest prosta, ale ciekawa i zaskakująca. Nie mogłam się powstrzymać i czytałam póki nie skończyłam. Książka ta złamała mi serce i pierwszy raz w życiu płakałam nad losem fikcyjnych bohaterów. Epilog po prostu był… wzruszający.

,, Kłamstwo! Wszystko było kłamstwem! Jej słowa, czyny, pocałunki, wyznania!”


1. Stephen King - Podpalaczka 

Wybór jednej książki Kinga był wyzwaniem. Postawiłam więc na pierwszą, którą przeczytałam. W końcu to ,,Podpalaczce” zawdzięczam głębsze zapoznanie się z tak świetnym autorem.

,, Zegarek mówi mi, że z sekundy na sekundę jestem bliższy śmierci. To dobra wiadomość.”

,,Podpalaczka” spodobała mi się przede wszystkim ze względu na fabułę. To było dla mnie coś nowego i podchodziło pod fantastykę, którą w tamtych czasach uwielbiałam. Na pewno urzekła mnie relacją pomiędzy ojcem a córką. Ich wzajemne poświęcenia pokazywały, jak ważne jest zaufanie i rodzina.

,, Mózg jest mięśniem mogącym ruszyć świat.”

 King bardzo dużo opisuje – miejsca, emocje czy ludzi. Dzięki temu zawsze mogę przenieść się do innego świata, w którym żądzą inne prawa. Dzięki słowom jestem w stanie dokładnie wyobrazić sobie rzecz, o której pisze albo poczuć, to co przeżywają bohaterowie.

,, Zrób to, Charlie. Spal ich wszystkich.”


 Czytanie Kinga, powracanie do jego powieści, a zwłaszcza ,,Podpalaczki” jest dla mnie czystą przyjemnością. Jego książki się kocha albo nienawidzi. 

środa, 9 sierpnia 2017

Tille Cole - Tysiąc pocałunków

Gdy zobaczyłam okładkę tej książki, byłam zachwycona i wiedziałam, że muszę ją przeczytać! W końcu coś tak ładnego nie może  być mało interesujące. Po przeczytaniu opisu pomyślałam sobie, że ta powieść na pewno będzie inna od wszystkich, które do tej pory czytałam. Nie mam zbyt dużego rozeznania wśród literatury młodzieżowej czy romansów, więc póki co odkrywam wiele ciekawych książek.

Poppy i Rune zostają przyjaciółmi w wieku pięciu lat i są nierozłączni. Jednak kilka lat później chłopak musi wrócić z rodzicami do Norwegii. Ich wielkie uczucie, które rodziło się od bardzo dawna, zostaje wystawione dwuletnią próbę. Niestety Poppy zrywa kontakt i nie podaje żadnego powodu, a Rune nie ma pojęcia, co się stało. Gdy wraca do Blossom Grove w stanie Georgia, nie jest już tym samym chłopakiem co kiedyś. Pali, pije i jest wulgarny. Jednak usilnie próbuje doprowadzić do ponownego kontaktu z miłością swojego życia – Poppy. Chce zrozumieć dlaczego oddaliła się od niego i nawet nie przypuszcza, że prawda jest tak okrutna. Jego serce zostaje ponownie złamane, ale postanawia wykorzystać szansę na ponowne przebywanie z Poppy, której nie przestał nigdy kochać.

Do druga książka w moim życiu, która wycisnęła ze mnie łzy. Pierwsza to oczywiście ,,Skazani na ból”. Jednak w przypadku ,,Tysiąca pocałunków”, płakałam praktycznie od samego początku. Byłam wręcz zaszokowana, bo autorka potrafi tak wykreować sytuację, że nie można nad sobą zapanować podczas czytania słów, którymi opisała wszystkie trudne wydarzenia w życiu tych młodych ludzi.

Książka sama w sobie jest dość przewidywalna. Jednak myślę, że dla mnie to nie miało najmniejszego znaczenia. Każdą stronę czytałam z przyjemnością i chłonęłam wszystkie słowa jak gąbka. Główni bohaterowie byli niezwykle dorośli jak na swój wiek i pokazywali jak powinno korzystać się z życia. Ich miłość, zaangażowanie i wola walki sprawiały, że zaczęłam się zastanawiać nad sobą.

Przez większość powieści usiłowałam zahamować łzy, ale kompletnie nie chciało mi to wyjść. Co kilkanaście stron musiałam robić sobie przerwę, bo już nic nie widziałam, a moje serce łamało się z głośnym trzaskiem. Nawet teraz nie potrafię myśleć o tej historii, bo czuję, że zaraz się rozpłaczę. Dawno nic tak mną nie wstrząsnęło.

Autorka potrafiła przedstawić prostą historię, bez większych zwrotów akcji, w fenomenalny sposób. Każde słowo albo myśl bohatera skłaniały do refleksji i powodowały kolejną falę płaczu. W życiu nie spodziewałam się, że jakaś książka będzie potrafiła wprowadzić mnie w stan głębokiej rozpaczy, a jednak znalazła się taka, której to wyszło.

Epilog był jedyny w swoim rodzaju i o ile wiedziałam jak potoczą się losy samej Poppy, to spodziewałam się innego zakończenia dla Runa. Oczywiście to, które zaproponowała autorka było o niebo lepsze i spowodowało u mnie kolejną falę niekontrolowanego żalu. Po skończeniu czytania jeszcze długo nie mogłam usnąć, bo głęboko w sercu nadal czułam przeraźliwy ból. Wiem, że to tylko książka, ale za to jaka!

Po przeczytaniu tej powieści moje podejście do życia zmieniło się diametralnie. Na pewno nigdy nie będę pełna optymizmu jak Poppy, ale przynajmniej mogę starać się pracować nad sobą i swoim życiem. Teraz wiem, że można osiągnąć wszystko. Wystarczy chcieć.


Książkę polecam wszystkim, bo to absolutna perełka. Wiem, że drugi raz nie będę mieć odwagi jej przeczytać, bo więcej nie zniosę tego bólu. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś przeczytam coś podobnego i trochę sobie popłaczę. Muszę przyznać, że nie jestem zbyt wylewna i nigdy nie płakałam podczas finałowej sceny ,,Titanica”. ,,Tysiąc pocałunków” jest o wiele bardziej emocjonujące i bez wątpienia zasługujące na łzy. 

czwartek, 3 sierpnia 2017

Podsumowanie - lipiec 2017

Lipiec był dla mnie naprawdę zaczytanym miesiącem i udało mi się zapoznać aż z trzynastoma pozycjami. Niektóre z nich są nowościami, wydanymi w tym roku, ale sięgnęłam również po coś starszego. W całym zestawieniu znajduje się tylko jedna książka Kinga, ale nie miałam dostępu do innych i mam nadzieję, że nadrobię zaległości w sierpniu. 

1. Tille Cole – Tysiąc pocałunków 

Tylko dwie książki są w stanie wycisnąć ze mnie tyle łez i ,,Tysiąc pocałunków” jest jedną z nich. Autorka potrafiła kilkakrotnie złamać moje serce i już od samego początku wiedziałam, że będzie smutno. Sama fabuła nie jest skomplikowana i pełna zaskakujących zwrotów akcji, bo od samego początku można domyślić się zakończenia, ale mi to nie w ogóle nie przeszkadzało. Tille Cole doskonale potrafiła wyrazić słowami najbardziej skryte uczucia bohaterów i dzięki temu ta powieść była naprawdę wyjątkowa. 








2. JP Delaney – Lokatorka 

Wspaniały thriller psychologiczny. Ciekawa forma oraz fabuła, która momentami budziła we mnie niepokój. Po każdym rozdziale zastanawiałam się, który z bohaterów jest bardziej nienormalny, a na końcu i tak wszystko wywróciło się do góry nogami. Duży plus za pomysł i dość ciekawe zakończenie, które mnie zaskoczyło. 











3. Maciej Siembieda – 444

Historia oparta na faktach, które są dość… przerażające, jeśli dłużej o tym pomyśleć. Sama powieść była dla mnie czymś nowym, bo nigdy w życiu nie słyszałam o przepowiedni, z którą związany jest obraz Jana Matejki. Autor w ciekawy sposób opisał fakty historyczne i wplótł je w całość powieści. Na pewno zaskoczyła mnie ostatnia część, która jest dość optymistyczną wizją przyszłości. Książka naprawdę warta uwagi.









4. Alex Marwood – Dziewczyny, które zabiły Chloe

Chyba największe rozczarowanie tego miesiąca. Może rozczarowanie to za duże słowo, bo w końcu powieść się rozwinęła i była nawet ciekawa. Jednak nie przypadł mi do gustu styl pisania autorki i początkowo nie mogłam się połapać w tej książce, nawet imion bohaterów nie mogłam spamiętać, bo pojawili się w jednym momencie. Ostatnie rozdziały uratowały tą historię, ale przez jej większość byłam znudzona. Póki co, obiecałam sobie odpuścić inne powieści Alex Marwood. 









5. Katerina Diamond – Belfer 

Niesamowicie udany debiut i początek serii o komisarz Imogen, którą od razu polubiłam. Fabuła bardzo przypadła mi do gustu, chociaż wątki z homoseksualizmem w roli głównej, to zdecydowanie nie mój klimat i byłam mocno zażenowana. Jednak to wszystko było częścią powieści, ciekawej historii, na pewno zagmatwanej i nieprzewidywalnej do samego końca. Bardzo zżyłam się z głównymi bohaterami, więc trudno było mi kończyć książkę. Oczywiście czekam na kontynuację serii. 








6. Tarryn Fisher – Mimo moich win

Świetna historia, na pewno inna niż wszystkie, które do tej pory czytałam, bo jest daleka od happy endu. Od razu zainteresowała mnie fabuła i bohaterowie. Nie polubiłam Olivii, narratorki pierwszej części serii, bo jej zachowanie było kompletnie irracjonalne. Jednak zaciekawiła mnie fabuła i niechęć do bohaterów w tym wypadku była zaletą. 








7. Tarryn Fisher – Mimo twoich łez 

Tym razem autorka oddała głos innej kobiecie, która bez wątpienia działała mi na nerwy już od pierwszej części. Jednak tą niechęć nie utrudniała mi lektury, bo byłam strasznie ciekawa dalszych losów wszystkich bohaterów i chciałam ich poznać jeszcze lepiej. 













8. Tarryn Fisher – Mimo naszych kłamstw

Zdecydowanie najciekawsza część, ale nie dlatego, że jej narratorem jest Caleb. Po prostu wyjaśniły się wszystkie niepewności i niedomówienia. Samo zakończenie nie było jakieś zaskakujące i fascynujące, ale na pewno takie, które podobało się większości czytelników. Książki Tarryn Fisher, a właściwie cała seria o Olivii, Leah i Calebie była były ciekawą lekturą i godną polecenia. 









9. Andrzej Sapkowski – Ostatnie życzenie 

Pierwszy tom, opowiadający o losach Geralta z Rivii, który jest wiedźminem. Książka zawiera kilka opowiadań, które wprowadzają czytelnika w inny świat i bez wątpienia wzbudzają ciekawość. Polubiłam wszystkich bohaterów i szybko przyzwyczaiłam się do odmiennego stylu pisania autora. 












10. Andrzej Sapkowski – Miecz przeznaczenia 

Drugi tom, również z opowiadaniami. Tym razem miałam wrażenie, że w tych historiach trochę mniej się działo, ale na pewno miałam okazję lepiej poznać samego Geralta. Z pewnością ostatnie dwa rozdziały należą do moich ulubionych. 













11. Stephen King – Stukostrachy

Jedyna książka Kinga w tym miesiącu, ale bez wątpienia jedna z lepszych jakie czytałam. Fabuła była naprawdę interesująca, chociaż rozciągnięta na prawie dziewięćset stron (w mojej wersji kieszonkowej). Początek był bardzo długi i dość nudny, ale później zaczyna się naprawdę dziać. Nie brakuje emocji, szczegółowych opisów i nieprzewidywanych wydarzeń. Świetna książka, godna polecenia. 









12. Andrzej Sapkowski – Krew elfów

Pierwsza część tej właściwej sagi o Wiedźminie. Na pewno byłam zaskoczona, gdy już skończyłam czytać. Zakończenie było naprawdę beznadziejne, bo po prostu urywało wszystkie zaczęte wątki. Jednak wiedziałam, że nie ma się co zniechęcać. W końcu jest jeszcze kilka kolejnych tomów i z pewnością wszystko zostanie wyjaśnione. 











13. Andrzej Sapkowski – Czas pogardy 

Kolejny raz przekonałam się, że saga o Wiedźminie jest naprawdę warta uwagi i czytałam naprawdę z największym zainteresowaniem. Domyśliłam się, że autor podzielił jeden pomysł na kilka tomów i każda książka to kontynuacja poprzedniej. Zupełnie mi to nie przeszkadza i może nawet lepiej, że został przy tych samych bohaterach, których polubili wszyscy ludzie. 

wtorek, 1 sierpnia 2017

Marcin Gutkowski - Krime story

Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek przeczytam tą książkę, ale… ciekawość zwyciężyła. Na pewno nie przemawiał do mnie opis fabuły z okładki, która sama w sobie wzbudzała moje zainteresowanie, ze względu na ciekawą grafikę. Pierwszy raz z tą powieścią spotkałam się w empiku i wtedy nie miałam pojęcia kim tak naprawdę jest Marcin Gutkowski, więc moja niechęć nie była spowodowana tym, że autor jest raperem. Dopiero jakiś czas później przeczytałam coś więcej na temat ,,Krime story” i już wiedziałam, że prędzej czy później przeczytam tą książkę (mimo dość słabych ocen i recenzji), bo jest na pewno inna niż wszystkie, które do tej pory czytałam.

Książka opowiada historię Oskara, na którego wszyscy mówią Krime. Wychował się na ulicy, nie stroni od używek i kobiet na jedną noc. Kłopoty to jego drugie imię, ale do tej pory miał szczęście i wszystkie jego wybryki pozostawały bez konsekwencji. Jednak w końcu staje się zbiegiem i igra z losem. Czy coś jest w stanie go zmienić? A może KTOŚ?

Na wstępie chcę zaznaczyć, że rapu nie słuchałam, nie słucham i nie będę słuchać. Jednak na potrzeby tej książki, zrobiłam mały wyjątek i prawdopodobnie znam na pamięć większość piosenek z płyty ,,Krime story”. Pierwszy raz spotykam się z tym, że książka i płyta są jedną całością. W życiu bym na to nie wpadła, nawet w najgłębszych snach. I w tym momencie muszę ostrzec przyszłych czytelników. Nie słuchajcie piosenek przed przeczytaniem, bo zrobicie sobie nie mały spoiler. Niestety przez nieuwagę popełniłam ten błąd i znałam najciekawsze wątki zanim się do nich doczytałam.

Sama treść to typowy tekst piosenki. Chłopak z ulicy, narkotyki, rozbita rodzina i takie tam. Można powiedzieć, że polskie realia, ale raczej nie dwudziestego pierwszego wieku, ewentualnie jego początków. Skoro nie lubię rapu, to jak może spodobać mi się książka, która nim jest? 

Nigdy nie byłam dobra w interpretacji wierszy, bo poezja wielkich artystów po prostu mnie nudziła i nudzi nadal. Teksty piosenek to także w pewnym sensie wiersze zawierające wiele środków poetyckich, więc nie gwarantuję, że wszystko dobrze zrozumiałam. Chociaż naprawdę się starałam i dostrzegłam wiele związków między piosenkami a książką.

Zastanawiałam się jak wygląda geneza tych dwóch utworów i oczywiście daleko nie musiałam szukać, a swoją ciekawość zaspokoiłabym dużo wcześniej, gdybym czytała opisy pod piosenkami. Najpierw powstała książka, a później płyta i to ma dość duże znaczenie, przynajmniej dla mnie. Jeśli ktoś jest leniem lub nie lubi słowa pisanego, to polecam przesłuchać ze skupieniem wszystkie piosenki i dzięki temu poznać właściwie całą historię głównego bohatera – Krime.

Tytuły rozdziałów, to tytuły piosenek. Wątki łączą się ze sobą i szczerze mówiąc… zawierają dokładnie tą samą treść. Jednak słuchając albo nawet czytając tekst, nie jestem w stanie zrozumieć właściwego przekazu. Być może przez to, że jakoś nigdy nie słuchałam rapu i nie znam tej muzyki, a jak wiadomo… Nie od razu Kraków zbudowano. Książka bardziej do mnie przemawia, więc skupię się na jej treści. 

Ilość przekleństw w książce wręcz mnie załamuje, ale po części mogę to zrozumieć. Żeby w sposób realistyczny pokazać prawdę o życiu głównego bohatera, trzeba posługiwać się odpowiednim językiem. Muszę przyznać, że w wielu momentach miałam nawet trudności ze zrozumieniem niektórych zwrotów. Cóż… Rapu nie rozumiem, więc slangu z ulicy tym bardziej.

Na plus książki i samego autora przemawiała prosta fabuła. Zawiłe wątki czy tysiące zagadek, to materiał dla mistrzów (np. Cobena). W tym wypadku, czyli debiutu pisarskiego, miałam okazję przeczytać historię, która trzymała się kupy. Był moment, że nie rozumiałam obecności jednej bohaterki, ale na szczęście tak kwestia rozwiązała się kilka rozdziałów później.

Nie mogę powiedzieć, że książka mnie nudziła, bo tak wcale nie było. Nie przeżywałam jakiś ogromnych emocji, ale na pewno byłam ciekawa losów bohaterów i chciałam wiedzieć jak to wszystko się skończy. Sam finał powieści podobał mi się zdecydowanie najbardziej. Zmiana głównych bohaterów wywarła na mnie wrażenie i w końcu odnaleźli szczęście, które… no właśnie, sami musicie przeczytać, żeby poznać to ,,ale”. Wydarzenia, które rozegrały się na ostatnich stronach z pewnością nie były nudne i nie do końca przewidywalne, jak to niektórzy sądzą. 

,,Krime story” to jak sam tytuł sugeruje – historia Krime. Jednak zabrakło mi więcej informacji o głównym bohaterze, a zwłaszcza o jego przeszłości. Było kilka zdań o jego matce alkoholiczce i w sumie to tyle. Z mojego punktu widzenia, istotna jest wiadomość o powodach jego stoczenia się na same dno. W końcu to on i jego postępowanie stanowiły najważniejszy element książki.

W tym wypadku zależność jest prosta. Jeśli ktoś nie czyta książek, a ta trafiła w jego ręce tylko ze względu, że autorem jest ulubiony raper, to będzie uznawał ją za ósmy cud świata. Osoby bardziej oczytane mają przeróżne zdanie na temat tej powieści i często wypowiadają się o niej niezbyt pochlebnie. Moje zdanie jest jak zwykle neutralne. Nie rozumiem tej fali ogromnej krytyki, bo według mnie jest bezpodstawna. ,,Krime story” nie jest najlepszą książką jaką czytałam, ale istnieją gorsze (jak ,,Klub Julietty” Sashy Grey, który jest kompletnym dnem), a na dodatek autor dopiero debiutował w roli pisarza. 

Książkę polecam, bo mimo swojej prostej fabuły, jest ciekawa i na pewno na końcu zaskakuje. Może nie jest napisana wyszukanym językiem, nie brakuje w niej przekleństw, obrzydzających scen czy słów lub wyrażeń, których najzwyczajniej w świecie nie zrozumiałam i musiałam sprawdzać w google, co oznaczają. Najważniejsze, że zrozumiałam przekaz i ogólny sens, a to czasami liczy się bardziej niż sam styl pisania. 

wtorek, 25 lipca 2017

Stephen King - Stukostrachy

Ta książka zalegała na mojej półce już od bardzo dawna. Kiedyś nawet przeczytałam z pięćdziesiąt stron, ale nie miałam czasu na tak obszerną powieść i postanowiłam zostawić ją na później. Cóż, trochę się przeciągnęło i okropnie tego żałuję. Dlaczego? O tym zaraz. 

Bobbi Anderson podczas spaceru po lesie, potyka się o metalowy przedmiot, który jest zagrzebany w ziemi. Stara się go odkopać, ale nie jest to takie proste zadanie, ponieważ tajemnicze znalezisko jest naprawdę dużych rozmiarów. Niedługo później na jej farmę przyjeżdża Gardener, stary przyjaciel, który znalazł się w trudnej sytuacji życiowej. Zauważa dużą zmianę w wyglądzie, ale także zachowaniu Bobbi. Jednak ona zdaje się to lekceważyć i pokazuje mu swoje odkrycie. Oboje kopią, wręcz uzależniają się od tego miejsca. W tym samym czasie mieszkańcy Haven zaczynają się dziwnie zachowywać, zmieniać i operować dość tajemniczymi umiejętnościami. Stają się zagrożeniem dla siebie oraz ludzi spoza ich miasteczka. 

Nie wiem czy kiedykolwiek czytałam coś bardziej zagmatwanego i strasznego. Gdybym miała oglądnąć film na podstawie tej książki, to chyba ktoś musiałby mnie zmusić do tego torturami. Myślałam, że ,,To” było przerażające, ale ,,Stukostrachy” to jeszcze jeden poziom strachu wyżej. Żałuję, że tak długo trzymałam tą książkę na półce i tylko się w nią codziennie rano wpatrywałam. Jestem zdecydowanie wielką fanką trochę starszych powieści Kinga. 

Książka zaczyna się spokojnie, ale to nie trwa długo, bo bardzo szybko główna bohaterka dokonuje odkrycia w swoim lesie, a to zmienia wszystko. King bardzo dużo miejsca poświęcił dwóm głównym postacią i dokładnie opisał ich życie. Wcale mnie to nie zdziwiło, bo on jednak zawsze podchodzi do sprawy poważnie i nie zadowala się dwoma zdaniami wyjaśnienia. Oprócz dokładnego przedstawienia postaci, autor również z wielką skrupulatnością opisał wszystkie wydarzenia, czyli znów przeniósł mnie do całkiem innego świata. Czytając mogłam sobie wyobrazić jak to wszystko dokładnie wyglądało, a słowa niezwykle mocno działają na moją głowę. 

Fabuła od początku przypadła mi do gustu. Być może UFO to dla niektórych dość oklepany temat, którego nie powinien poruszać ktoś taki jak Mistrz horroru. Jednak książka została napisana w latach 80, a wtedy wszystko było inne. Nawet ,,wynalazki”, które tworzyli bohaterowie były wtedy czymś niemożliwym i magicznym, a obecnie… Myślę, że korzystając z szybkiego rozwoju technologii, bylibyśmy w stanie je stworzyć i z powodzeniem wprowadzić na rynek. W tej powieści znalazło się również dużo elementów science fiction, za którymi nie przepadam i skutecznie unikam książek poruszających tematyki fantastyki naukowej. 

Z tego co wiem to dużo osób zraża się do tej książki myśląc, że jest o UFO i kosmitach. Jest w tym trochę racji, ale jednak nie do końca. W powieści nie ma ani słowa o zielonych potworkach, które lądują swoim statkiem na ziemi i próbują ją opanować używając do tego swoich fantastycznych i niszczycielskich mocy. ,,Stukostrachy” to wizja Kinga dotycząca pradawnych stworzeń, a nie współczesna inwazja Marsjan. 

King zawsze wprowadza sporo bohaterów, których jest mi trudno spamiętać i tym razem również byłam trochę zagubiona, zwłaszcza w finałowej części powieści. Tych ważniejszych i bardziej wyrazistych, którym autor poświęcił więcej stron, od razu zapamiętałam, ale reszta… Poza wieloma postaciami, typowe  dla niego jest również rozwlekanie wątków i czasami to może naprawdę przeszkadzać i wręcz usypiać. 

,,Stukostrachy” przez pierwsze 150 albo i 200 stron po prostu nudzą. Można stracić nadzieję na to, że akcja się rozwinie, ale w końcu wszystko zaczyna się ruszać. Wystarczy przebrnąć przez trudny początek, aby przenieść się w inny świat. Dalsze rozdziały naprawdę są ciekawe, budują napięcie, powstaje wiele zagadek, które pod sam koniec zostają rozwiązane. King serwuje nam cały wachlarz emocji, a także zaskakujące zakończenie, które było idealnym podsumowaniem. Uwielbiam jego styl pisania, bo naprawdę większość jego książek czytam z przyjemnością i bardzo szybko. 

Przede mną jeszcze naprawdę dużo książek Mistrza, ale na tą chwilę ,,Stukostrachy” zdecydowanie były jedną z ciekawszych, które miałam okazję poznać. Bez wątpienia każdemu kto się waha, mogę polecić tą powieść. Oczywiście miłośnicy Kinga i tak prędzej czy później po nią sięgną i przekonają się, że jest warta uwagi. 

Cassandra Clare - Mechaniczna księżniczka



Ostatnia książka z serii ,,Diabelskich maszyn”, którą początkowo czytałam właściwie z przymusu. Chciałam dowiedzieć się tylko, dlaczego tak naprawdę Tessa jest obiektem zainteresowania Mistrza i czy Jem umrze. Byłam rozczarowana poprzednimi częściami, które wypadały blado przy ,,Darach anioła”, a ja nie lubię się nudzić czytając. Czy ,,Mechaniczna księżniczka” również mnie nudziła? O tym za chwilę.

Mistrz chce za pomocą swoich diabelskich maszyn zniszczyć całą rasę Nocnych Łowców, ale brakuje mu ostatniego elementu układanki, którym jest Tessa. Charlotte za wszelką cenę stara się odnaleźć Mortmaina, ale jej działania są utrudniane przez konsula, który pragnie odebrać jej władzę nad instytutem londyńskim. W końcu Mistrzowi udaje się porwać Tesse i zmusić ją do spełnienia jego żądań. Will i Jem, którzy są zakochani w Tessie, za wszelką cenę chcą ją uratować i ponownie sprowadzić do instytutu. Czy uda im się pokonać armię Mistrza? Czy Tessa wróci i zostanie żoną Jema? Jak zakończą się losy Nocnych Łowców z londyńskiego instytutu?

Tym razem nie było już rozczarowania i czytałam z największym zainteresowaniem. Akcja od razu ruszyła do przodu, co chwilę coś się działo i w końcu uzyskałam odpowiedzi na swoje wszystkie pytania. Myślę, że w tym wypadku trzeba oceniać całą serię, a nie pojedyncze powieści i tak też za chwilę uczynię.

Ostatnio pisałam, że drażniło mnie zachowanie Tessy, która za wszelką cenę chciała udawać damę, nawet jeśli okoliczności tego od niej nie wymagały. W ,,Mechanicznej księżniczce” Tessa pokazała, że jest kobietą, która potrafi walczyć i to nie gorzej niż Nocni Łowcy. Po raz pierwszy ją zrozumiałam i naprawdę polubiłam jej postać.

Zatrzymując się chwilę przy bohaterach. Tym razem mieliśmy jeszcze okazję poznać z innej strony braci Lightwood i myślę, że oni wnieśli do tej powieści dużo świeżości. Zresztą to samo tyczy się siostry Willa, której zadziorny charakterek wspaniale odzwierciedlał, z kim jest spokrewniona. Wszyscy bohaterowie pokazali, że są jedną wielką rodziną i chronią siebie nawzajem. Nie zostawili Tessy w rękach Mistrza, chociaż nie jest Nocną Łowczynią.

Tym razem mój ulubiony trójkąt, czyli Tessa, Will i Jem, dostarczył mi wiele dobrych, ale także smutnych chwil. Ich historia jest skomplikowana, ale także pokazuje jak wielka jest siła miłości oraz przyjaźni. Ostatecznie – każdy dostał tego, co chciał i pokazuje to również epilog.

Trzy powieści zdążyły mnie właściwie uzależnić od Nocnych Łowców i naprawdę zżyłam się ze wszystkimi bohaterami. Trudno będzie mi o nich zapomnieć, ale na razie nie planuję czytać kolejny raz ,,Darów anioła”, które niedługo będę znać na pamięć. Być może jeszcze kiedyś wrócę do historii Cassandry, ale póki co czeka na mnie wiele innych książek.

Jeśli chodzi o ocenę całej trylogii, to bez wątpienia ostatnia książka była wisienką na torcie. Jednak autorka stworzyła jedną historię i rozłożyła ją na trzy powieści. W każdej z nich zawarła wachlarz przeróżnych emocji, które związały czytelnika z bohaterami i sprawiły, że chciało czytać się dalej. Jak mogłabym nie chcieć dowiedzieć się kogo wybierze Tessa albo jak potoczą się losy Jema, które po części poznałam już w ,,Mieście niebiańskiego ognia”?

Dzięki Cassandrze i jej pomysłowi miałam okazję poznać przodków bohaterów ,,Darów anioła”, a także dowiedzieć się więcej o moim ulubieńcu – Magnusie. Polecam tą serię wszystkim miłośnikom fantastyki oraz historii o Nocnych Łowcach.